Rumunia - Marmuresz i Błotne Wulkany


Trochę długo zwlekaliśmy z opisaniem naszej wakacyjnej wyprawy do Rumunii, a gdy w końcu się za to zabrałem okazało się, że materiału jest tak dużo, że nie sposób tego opisać w jednym poście. Z tego właśnie względu podzieliliśmy naszą podróż na tygodnie i tak właśnie będzie opisana.





Po wyjazdach na północ Europy przyszedł czas, aby pojechać na południe. Zachęceni opowieściami o dzikiej Rumunii postanowiliśmy właśnie tam spędzić trzy tygodnie urlopu.

Jako, że mieszkamy pod Szczecinem to do tej pory nasze zagraniczne wyjazdy sprowadzały się do przejechania 60 km na przeprawę promową, potem 8 godzin odpoczynku i już byliśmy w Szwecji gotowi na przygodę. Tym razem nie było tak łatwo, bo przecież żeby przekroczyć naszą południową granicę musieliśmy jechać cały dzień po to, aby pierwszy nocleg zaliczyć przy autostradzie pod Krakowem i dopiero kolejnego dnia wieczorem wjechaliśmy do Rumunii.

Przejście graniczne Węgry-Rumunia przekroczyliśmy w miejscowości Petea. Pora już była dość późna i wszyscy byliśmy zmęczeni, więc szybko trzeba było znaleźć jakieś miejsce na nocleg. W takich sytuacjach nieoceniona jest aplikacja Park4Night, o której pisałem już wcześniej. Dzięki niej dość szybko namierzyliśmy miejscówkę nad rzeką Somasz, niedaleko Satu Mare.



Klasyczne wypasanie krów którego u nas już chyba nie spotkamy

Pierwszy poranek w Rumunii

Na miejsce dojechaliśmy już po zmroku i zmęczeni całodniową jazdą szybko położyliśmy się spać.  Tutaj pierwszy raz zetknęliśmy się z bezpańskimi, zdziczałymi psami, których w Rumuni jest naprawdę dużo. Co prawda nigdy nie były wobec nas agresywne, ale z uwagi na dziewczynki ich obecność zawsze trochę mnie stresowała. Ponieważ nie wiedziałem czego można się po nich spodziewać, zawsze próbowałem je przepędzać. Jednakże były chyba przyzwyczajone do takich zachowań i gdy tylko w powietrzu pojawiał się zapach jedzenia wracały jak bumerang.
Rano zjedliśmy śniadanie w towarzystwie krów pasących się tuż obok. Dla odświeżenia wzięliśmy szybką kapięl w mulisto-brązowej wodzie rzeki Somasz tuż obok kąpiących się krów i ruszyliśmy w drogę…
Kierowaliśmy się w stronę granicy z Ukrainą żeby zatrzymać się w miejscowości Sapanta i zobaczyć Wesoły Cmentarz.

W drodze do Sapanty, pierwszy raz poczułem jak jeździ się po rumuńskich drogach. Stan nawierzchni był co prawda znośny (później okazało się może być dużo gorzej), choć zdarzały się odcinki gdzie można było zostawić elementy zawieszenia. Najbardziej jednak szokował styl jazdy Rumunów. Miałem wrażenie, że przepisy drogowe to dla nich jedynie zbiór luźnych wskazówek, których nikt nie ma obowiązku przestrzegać. Pierwszą zasadą, o jakiej trzeba pamiętać to żeby nie ufać nikomu:), bo nawet całkiem rozsądnie jadący kierowca przed tobą może w każdej chwili wcisnąć hamulec, zatrzymać się na środku twojego pasa, włączyć „awaryjki” i iść na zakupy do pobliskiego sklepu. Nieprzewidywalność zachowań kierowców oraz "prawo większego" sprawiało, że przez pierwsze dni jazda przez miasta była bardzo emocjonująca. Później kiedy już trochę obyliśmy się z drogowym folklorem,  rumuńskie wyczyny na drodze kwitowałem tylko cichym, słowiańskim "o kur..."

Cimitirul Vesel

Po przyjeździe na miejsce kilkukrotnie musieliśmy objechać cmentarz dokoła żeby zaparkować gdzieś samochód, a następnie zapłacić kilka LEI za wstęp na cmentarz.
Nekropolia w Sapancie słynie ze swoich malowideł nagrobnych, które zwykle przedstawiają scenkę z życia zmarłego lub ilustrują sposób, w jaki zginął. Dodatkowo nagrobki ozdobione są rymowanymi epitafiami opisującymi życie zmarłego. Wszystkie nagrobki rzeźbione w tym samym stylu i barwach nadają temu miejscu unikalny charakter odmienny od tego, co widzimy w Polsce. Mimo oczywistego dla cmentarzy związku ze śmiercią, mieliśmy wrażenie, że to miejsce bardziej pielęgnuje wspomnienia o życiu zmarłego niż fakt jego śmierci. Na jednej z tablic informacyjnych wyczytałem, że Wesoły Cmentarz jest w rankingu nekropolii, (kto w ogóle robi ranking cmentarzy?) uznany za jeden z najbardziej historycznie i kulturowo cennych cmentarzy na świecie i znajduje się na drugim miejscu zaraz po Dolinie Królów w Egipcie. Mimo że miejsce jest unikatowe w skali światowej i stanowi jedną z największych atrakcji Rumunii to wg nas jest to miejsce, które zobaczysz raz… i starczy.


Wesoły cmentarz.



Cerkiew w Sapanta


Przez kolejne dni przemierzaliśmy Marmarosz podziwiając piękne górskie widoki i niestety załamując ręce nad ilością śmieci wyrzucanych gdzie popadnie. Po poprzednich wyjazdach do Skandynawii, która bardzo wysoko stawiała porzeczkę w odniesieniu do czystości, tutaj za nic nie mogliśmy się pogodzić z tak dużą ilością śmieci. Muszę szczerze przyznać, że był to dla nas jeden z największych minusów tego wyjazdu. Niepojęte dla nas było to, że Rumunii, mimo że bardzo licznie korzystający z wypoczynku na świeżym powietrzu zupełnie nie zwracali uwagi na zostawiane przez siebie odpady. Praktycznie w każdym miejscu, w którym kiedyś odpoczywali tubylcy znaleźć można było śmieci i… niestety odchody. To była kolejna sprawa nie do ogarnięcia dla naszych głów. Mieliśmy wrażenie, że znane u nas wyskoczenie w krzaki „na dwójkę” tam sprowadzało się po prostu do kucnięcia w miejscu, w którym akurat dogoniła nas potrzeba. Nie chciałbym budować tutaj wizerunku Rumunii zaśmieconej i zasranej ale niestety trafialiśmy również w takie miejsca. Niewiele jest rzeczy, które mi przeszkadzają, ale zatrzymując się na wyasfaltowanym parkingu przy głównej drodze mieliśmy problem żeby tak postawić samochód żeby nie śmierdziało kupą. I sami pewnie przyznacie, że widok regularnie rozmieszczonych, wystających z asfaltu „ludzików z brązu” też raczej nie tworzył dobrej atmosfery do konsumpcji. Sytuacja wyglądała nieco lepiej w środkowej części kraju, ale Marmarosz pod tym względem bardzo nas rozczarował.


Passul Prislop
okolice Băile Borşa
okolice Băile Borşa
Poranek obok klasztoru Mănăstirea Petrova
Mănăstirea Petrova

Passul Prislop

Po drodze odwiedziliśmy jeszcze Voronet po to, aby zobaczyć słynny warowny monastyr i jego przepiękne malowidła. Ciekawe i warte odwiedzenia miejsce w szczególności dla miłośników zabytków sakralnych. Świetnie zachowane, jak na swój wiek, malowidła robią ogromne wrażenie. Scena sądu ostatecznego namalowana na tylnej ścianie klasztoru zachwyca kolorami i ilością detali, sprawiając, że można przypatrywać się  jej godzinami. Polecam również przygotować się merytorycznie do zwiedzania, bo o wiele ciekawiej ogląda się malowidła wiedząc "co autor miał na myśli." Wstęp do klasztoru jest oczywiście płatny ale są to raczej groszowe sprawy. Podczas wizyty należy być odpowiednio ubranym, czyli mieć zakryte kolana i ramiona. Na szczęście mnisi są przygotowani na turystów i na wejściu rozdają długie spódnice które zakrywają newralgiczne części ciała.

Monastyr Voronet
Scena Sąd Ostatecznego

Z Voronet ruszyliśmy na południe. Chcąc skrócić drogę pojechaliśmy jakąś podrzędną droga przez góry. Na mapie droga oznaczona była kolorem białym a to oznaczało że droga powinna być utwardzona. W sumie to było na niej trochę asfaltu, który pojawiał się w miejscach gdzie nie było akurat głębokiej jak krater dziury. Myślałem, że samochód tego nie wytrzyma. Zaczynało się ściemniać, jechaliśmy przez gęsty bukowy las, krętą i stromą drogą, czekając tylko na to, kiedy jakieś szarpnięcie zakomunikuje nam, że straciliśmy koło w jednej z bambiliona głębokich na 30cm dziur. Omijanie slalomem przeszkód nie miało sensu, ponieważ było ich zbyt wiele. Jechaliśmy wolno mając nadzieję ze niedługo dojedziemy do głównej trasy. Robiło się coraz ciemniej a my wysiłkiem pokonywaliśmy drogę, która wyglądała jakby ktoś ją zbombardował chwilę wcześniej. Co jakiś czas we wstecznym lusterku pojawiały się szybko zbliżające się światła jakiejś stuletniej Dacii, której kierowca (zwykle wiekowy, wąsaty Rumun) jakby nieświadomy stanu nawierzchni, wymijał nas z prędkością, przy której ustalenie koloru jego auta było praktycznie niemożliwe.
W końcu dotarliśmy do głównej drogi i stan nawierzchni trochę się poprawił pozwalając zwiększyć prędkość do 60km/h. Szukając miejsca na nocleg dojechaliśmy prawie do zapory na jeziorze Bicaz. Tym razem nocleg wypadł w mało spektakularnym miejscu w zatoczce tuż przy drodze w towarzystwie zdziczałych psów, których w Rumunii jest pełno.

Rano pojechaliśmy zobaczyć zaporę, dzięki której powstało jezioro Bicaz. Pięknie położona,wielka betonowa budowla spiętrzająca wodę na ponad 120m, robiła duże wrażenie. Niestety mimo pięknych widoków i godnej podziwu konstrukcji całą atmosferę psuł kożuch śmieci pływający na powierzchni jeziora. Nie zabawiliśmy tam długo. Biorąc przykład z Rumunów, mimo wyraźnego zakazu fotografowania zrobiliśmy kilka zdjęć i ruszyliśmy dalej. Jak się później okazało zakazy są zwykle przez Rumunów olewane.
Wielkość i położenie zapory robią spore wrażenie.
To niestety tylko mała część kożucha śmieci, który pokrywał dość duży obszar lustra wody tuż przy zaporze.


Dalsza droga na pewnym odcinku wiodła miedzy wysokimi skałami tworzącymi spektakularny Wąwóz Bicaz, zatrzymaliśmy się tam na chwilkę, wypiliśmy kawkę w przydrożnym barze i ruszyliśmy dalej po to by po niedługim czasie dotrzeć do „Czerwonego jeziora”

Lacu Rosu

Jezioro zaporowe, które powstało poprzez osuniecie się skalnej ściany podczas trzęsienia ziemi. Stanowi dość chętnie odwiedzaną atrakcje turystyczną, dlatego znalezienie miejsca do zaparkowania graniczyło z cudem. Klimat miejsca przypomina trochę nasze „Morskie Oko” czyli typowa komercyjna miejscówka, gdzie można pogapić się na ładnie położone jezioro, zjeść trochę regionalnych potraw, wypożyczyć łódkę lub rower i przespacerować się dokoła jeziora dobrze utrzymana ścieżką. Miejsce tłoczne i głośne, więc jeśli ktoś nie lubi zgiełku może spokojnie je ominąć. My, mimo że nie przepadamy za tłokiem to wybraliśmy się na spacer dokoła jeziora i raczyliśmy się pysznymi Langosami. Tego dnia nocowaliśmy na zboczu starego wulkanu, w którego kraterze dzisiaj można podziwiać jezioro Sfanta Ana. Zatrzymaliśmy się na nieczynnym kempingu z którego roztaczał się niesamowity widok. Na tym samym kempingu niedaleko nas trwała suto zakrapiana impreza lokalsów. Muzyka, tańce i inne swawole trwały przez większą część nocy, ale mimo tego nikt nas nie niepokoił.

Lacu Rosu

Widok z góry sfanta Ana
Pięknie położone pole kempingowe na zboczu starego wulkanu.
Poranna kawka.

Zamek w Rasnov

Następną atrakcją na naszej trasie był Zamek  w Rasnov. Nie zamierzam się rozpisywać nad historią i pochodzeniem zamku bo informacji w internecie jest bardzo dużo. Miejsce godne polecenia ze względu na piękne widoki oraz możliwość wjazdu na górę kolejką co stanowiło sporą atrakcję zwłaszcza dla dzieci. Ciekawostką jest to że był to zamek chłopski, w którym lokalna ludność chroniła się przed najazdami głównie turków i tatarów. Przez wieki zamek nigdy nie został zdobyty a jedynie raz mieszkańcy musieli się poddać z powodu braku wody. Po tym zdarzeniu na zamku została wydrążona studnia o głębokości 146 m a jej budowa trwała 3 lata. Dzięki nowej studni ludność mogła chronić się w oblężonym zamku nawet przez trzy lata.
My trafiliśmy do Rasnov akurat w czasie RockStadt Extreme Fest, więc jak zwykle musieliśmy się nieźle naszukać żeby w końcu gdzieś zaparkować. Z resztą jak się później okazało problemy z parkowaniem to chroniczna przypadłość terenów przy atrakcjach turystycznych w Rumunii.

Tego dnia poszukiwanie noclegu trwało prawie do północy. Pech chciał że najpierw trasa prowadziła wąską doliną która szczelnie zabudowana była przez turystyczne kurorty gór Bucegi a potem władowaliśmy się w kilku kilometrowy korek z powodu jakiegoś wypadku. Taki zbieg nieszczęśliwych okoliczności nie dawał nam żadnych szans na nocowanie w przyzwoitym miejscu. Zmęczony już do granic mojej wytrzymałości zatrzymałem się na parkingu przy bardzo ruchliwej trasie gdzie potok samochodów nie cichł przez całą noc. Wcześnie rano obudził nas hałas, ponieważ tuż obok zatrzymała się ciężarówka która wiozła na lawecie koparkę i właśnie koło nas postanowiła się rozładować.
Nie było wyjścia trzeba było wstać i ruszyć dalej w stronę Buzau i błotnych wulkanów.

Zamek chłopski w Rasnov

Taras widokowy przy wyjściu z wagonika kolejki z widokiem na miasto Rasnov.
Zamek Rasnov i góry Transylwanii

Panorama Rasnov

Vulcanii Noroiosi

to miejsce (a właściwe dwa miejsca), które chyba najbardziej nam przypadły do gustu. Są to największe w Europie błotne wulkany. Teren na którym dochodzi do błotnych erupcji wygląda jak miniaturowa pustynia z której co jakiś czas wystają stożki z błotnistymi kraterami. Niektóre z nich są naprawdę imponujących rozmiarów. Wypływ gazu i błota następuje na dwóch oddalonych od siebie o około 2km powierzchniach. Oba obszary objęte są ochroną rezerwatową i wstęp na ich teren jest płatny, a wchodzący turyści informowani są, że na terenie wypływu błota nie można niczego dotykać oraz palić papierosów. Oczywiście jak i inne zakazy, ten z dotykaniem był przez tubylców ignorowany. Papierosów faktycznie nikt nie palił, bądź co bądź z kraterów oprócz błota wylatywał też metan i niefrasobliwość w tym temacie mogła by zafundować niekontrolowany pokaz pirotechniki.
W związku z tym, że tego dnia na trasę wyjechaliśmy wcześniej niż zwykle więc mogliśmy podziwiać wulkany zanim autobusy dowiozły na miejsce tabuny niemieckich emerytów. Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy jednym o drugim obszarem erupcji znajduje się całkiem przyzwoity kemping gdzie zakwaterowaliśmy się zaraz po zwiedzaniu, po to żeby odespać zarwaną noc. Kemping położony niedaleko wulkanów więc spokojnie można było się tam przejść piechotą. Wieczorem wybraliśmy się na niewielką górę żeby podziwiać zachód słońca i fotografować wulkany z drona.

Błotne Wulkany
Jak wytłumaczyć dzieciom że nie wolno dotykać błota?
Błotne Wulkany

jedne z mniejszych wulkanów.
księżycowy krajobraz
 Panorama Vulcanii Noroiosi
Odpoczynek w skrawku cienia
Błotne Wulkany okiem drona
Wulkany widziane okiem drona


Zachód słońca nad Wulkanami



Odsypianie zarwanej nocy


Tak właśnie zakończył się pierwszy tydzień naszej rumuńskiej przygody, niebawem kolejna dawka zdjęć.














Komentarze

Popularne posty