Rumunia - nad Morzem Czarnym

Kolejny tydzień naszych doświadczeń w Rumunii rozpoczął się od przekroczenia Dunaju. Wcześniej wielokrotnie transportowaliśmy naszego busa różnej maści promami, ale ten którym przyszło nam przedostać się na drugi brzeg, drugiej pod względem długości rzeki w Europie, był jedyny w swoim rodzaju. W sumie tak sobie myślę, że słowo prom nie bardzo tutaj pasuje. Słowo, które bardziej oddaje charakter tej przeprawy to „tratwa”. Tak, więc tratwa, którą podróżowaliśmy w poprzek rzeki była bardzo stara a jej kadłub wyglądał jakby ktoś wielokrotnie nie trafił nim w nabrzeże. Zielona farba, którą był pomalowany z trudem przykrywała rdzę a powierzchnia kadłuba przypominała zgniecioną puszkę po piwie, którą ktoś chciał na szybko wyprostować na kolanie.


Na pokład wjeżdżaliśmy z mieszanym uczuciem strachu i ciekawości. Strachu przed utonięciem i ciekawością czy nasza tratwa wyposażona jest w wystarczającą ilość kamizelek. Po wjeździe rozpoczęło się upychanie samochodów. Nasza tratwa zdolna była pomieścić jedynie 9 samochodów osobowych, więc ze względu na brak miejsca jakiekolwiek manewry na pokładzie wykonywane były z chirurgiczną wręcz precyzją. Gdy samochodowe puzzle zostało już ułożone rozpoczęła się trwająca jakieś 10 min podróż na drugą stronę.

Gdy nasza wygnieciona tratwa żwawo cięła mulisto-brązową taflę wody, nas zainteresowało dwóch młodych mężczyzn którzy początkowo stali przy burcie i rozmawiali po to aby w połowie drogi zrezygnować z konwersacji i ordynarnie wyskoczyć za burtę na tzw „bańkę” . Oczywiście nikt z obsługi naszego „pływadła” hucznie zwanego promem, nie zwrócił uwagi na niecodzienne dla nas zachowanie młodzieży. Po chwili jednak zrozumieliśmy, że to taki lokalny folklor i chłopaki wrócili wpław na nabrzeże po to, aby wyskoczyć z następnego promu. Zrobili to pewnie dla ochłody, bo faktycznie dzień był piekielnie gorący.

Wyjazd na ląd następował w ustalonej przez obsługę kolejności. W ten sposób samochody wyjechały niepoobijane a nasza łupinka nie przewróciła się do góry dnem.

Zadziwiające było jak po przekroczeniu Dunaju zmienił się krajobraz. Jakby rzeka wyznaczała granicę stref klimatycznych. Kilka kilometrów jazdy od przeprawy wjechaliśmy w spalone słońcem i rzadko porośnięte drzewami góry Munții Măcinului. Okolica nabrała bardziej egzotycznego charakteru a w przydomowych ogrodach pojawiły się mimozy.
Podróż po rozpalonym asfalcie przez pozbawione drzew góry w samochodzie bez klimatyzacji powodowała, że wszyscy byliśmy wykończeni upałem. Otwieranie okien nie zdawało się na wiele. Temperaturę wnętrza naszego busa może wyobrazić sobie tylko ten, kto podróżował latem pociągiem marki PKP z włączonym ogrzewaniem i zepsutym oknem. Dziewczynki czerwone na twarzach i mokre od potu miały już serdecznie dość naszego rodzinnego roadtripu. W pośpiechu wyszukaliśmy więc w znanej i lubianej apce Park4night miejsca noclegowego z naciskiem żeby było nad wodą. Koniecznie musieliśmy się gdzieś ochłodzić.

Klify Jurilovca

Skierowaliśmy się w okolice miejscowości Jurilovca i leżącego nieopodal półwyspu Dolosman. Po dość długiej drodze trafiliśmy na miejsce. Celem była niewielka dzika plaża na samym czubku półwyspu. Prowadziła tam gruntowa droga z wielkimi dziurami i wystającymi z niej ostrymi kamieniami. Oś drogi wiodącej do plaży, wyznaczała widoczna na ziemi cienka czarna kreska. Zidentyfikowaliśmy ją, jako strużkę oleju wyciekającą z uszkodzonej, w zderzeniu w wystającym kamieniem, miski olejowej jadącego przed nami samochodu, który okazał się za niski na taki offroad. Szczęśliwie dojechaliśmy bez strat w sprzęcie.
Na plaży było dużo tubylców, którzy podobnie jak my postanowili się ochłodzić w wodach jeziora Razim.

W wodach jeziora Razim.


Zaraz po znalezieniu kawałka miejsca nad wodą nastąpiła, szybka kąpiel, zimny browarek w nagrodę za długą drogę i chwila relaksu w schłodzonym obecnością wody powietrzu. Jako że plaża nie należała do obszernych, a ilość ludzi i samochodów daleko wykraczała ponad jej pojemność, szansa na nocleg nad wodą raczej była marna. Po szybkiej analizie okolicy w google maps okazało się, że miejsce było również atrakcyjne dla starożytnych rzymian i z tego względu postanowili zbudować sobie tam sporą twierdzę o nazwie Argamum. Wiedziony ciekawością poszedłem na spacer w poszukiwaniu ruin zabudowań z czasów Imperium Rzymskiego. Faktycznie po pokonaniu pod górkę jakichś stu metrów pojawiły się fragmenty ścian, z których udawało się odczytać zarysy budynków. Niestety wszystko to było jakoś takie zarośnięte i w żaden sposób niewyeksponowane. Nie pamiętam nawet czy była tam jakaś tablica informacyjna która w jakiś sposób opisywałaby to dość ciekawe miejsce.



Przechadzając się pomiędzy stertami przerośniętych zielskiem kamieni dość szybko straciłem zapał do podziwiania kunsztu rzymskich architektów. Moją uwagę przykuła natomiast znajdująca się jakieś 300m dalej stalowa konstrukcja stojąca na szczycie wysokiego klifu. Poszedłem obadać teren i okazało się, że to szkielet jakiejś wieży obserwacyjnej lub może światła nawigacyjnego. Nieważne. Najważniejsze jednak było to, że nie było tam nikogo i prowadziła tam całkiem przyzwoita (jak na lokalne warunki) gruntowa droga.

W taki właśnie sposób trafiliśmy na najładniejszą miejscówkę noclegową podczas całej naszej podróży po Rumunii. Widok z wysokiego klifu na wody jeziora skąpanego w pomarańczowych promieniach zachodzącego słońca robił nam dobrze w oczy. Pogoda była bezwietrzna a miejsce doskonałe do odpalenia drona. Polatałem, nakręciłem trochę filmików i zrobiłem sporo zdjęć. Wszystko w tym miejscu było idealne. Pogoda, widoki, brak ludzi i cisza uzupełniona jedynie miarowym nienachalnym bzyczeniem komarów, których chmura kłębiła się wysoko nad nami.
Zauroczeni miejscem, podczas przygotowywania kolacji snuliśmy plany na spędzenie tego wyjątkowego wieczoru w wyjątkowym miejscu, gdy tylko dziewczynki pójdą spać. Niestety cały nasz misterny plan poszedł się… , gdy ta delikatnie, nienachlanie bzycząca chmura wyposzczonych komarów postanowiła obniżyć loty i z bezwzględnością godną rumuńskich wampirów dobrać się do naszej krwi. To była akcja błysk. Zanim zorientowaliśmy się, co się dzieje byliśmy dosłownie oblepieni moskitami. W zaledwie kilku minut dziewczynki nabawiły się tylu ukąszeń na twarzy, że wyglądały jakby chorowały na ospę. Nie było wyjścia. Odłożyliśmy plany romantycznego wieczoru w bliżej nieokreślona przyszłość i ewakuowaliśmy się do busa. Przez 30 minut z pasją mordowaliśmy wszystko, co zdążyło wlecieć do środka. Potem trzeba było nie wychodząc na zewnątrz przygotować miejsce do spania dla nas i dla Zosi (Zosia śpi na przednich siedzeniach). Teraz wyobraźcie sobie cztery osoby w szczelnie zamkniętym VW T4, gdy na zewnątrz temperatura wynosi 25st C. Z kunsztem godnym cyrkowych akrobatów, udało się ogarnąć łóżka bez otwierania drzwi, ale po tej operacji byłem spocony jak szczur. Resztę tego niemal idealnego wieczoru spędziliśmy w rodzinnej atmosferze oglądając kreskówki na tablecie i umierając z gorąca. Mamy wprawdzie w busie kratki wentylacyjne, ale jak wcześniej wspomniałem tego wieczoru nie było nawet najmniejszego wiatru, więc powietrze stało zarówno w busie jak i na zewnątrz. I pomyśleć, że nie zabraliśmy moskitiery tylko dlatego, że nie chciało mi się jej szukać w garażu przed wyjazdem.






Wschód słońca już bez komarów
 Rano na szczęście krwiożercze insekty odleciały i mogliśmy wyjść na zewnątrz aby jeszcze przed wyjazdem podziwiać wschód słońca w towarzystwie latających nad nami wielotysięcznych stad szpaków.
Po śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę kierując się nad Morze Czarne.

Plaja Vadu

Po przejechaniu niewielkiego dystansu dojechaliśmy do Vadu. Niewielka miejscowość położona nad Morzem Czarnym i znana ze swojej długiej na wiele kilometrów dzikiej plaży. Gdzieś wyczytałem, że to jedna z ostatnich dzikich plaż w Rumunii.
Faktycznie plaża była dzika. Nie było przy niej hoteli, kempingów, barów i innych turystycznych atrakcji. Był tylko święty spokój, słońce, piasek i cieplutka woda. Taki stan rzeczy zapewne spowodowany jest tym, że plaża i przyległy teren objęty jest ochroną, jako część Rezerwatu Biosfery „Delta Dunaju”. Zmierzając w stronę plaży gruntową drogą zatrzymaliśmy się przed ogromnym znakiem mówiącym, że przed nami znajduje się teren chroniony i zakazany jest wjazd i biwakowanie. Musze przyznać, że ta informacja trochę nas zdezorientowała, ponieważ nie mogliśmy w żaden sposób połączyć jej ze sznurem samochodów osobowych i kamperów, które nie zwalniając nawet na chwilę mijały ową tablicę i zmierzały w kierunku morza. Pomyśleliśmy, że jak oni mogą to my też i pojechaliśmy szukać miejscówki na plażing.

Wzdłuż całej plaży biegnie gruntowa droga, od której co kilkadziesiąt metrów odbija boczna droga prowadząca do samego morza. Jechaliśmy dłuższy czas mijając zaparkowane przy plaży kampery, osobówki z rozbitymi obok namiotami i samochody terenowe, które wjeżdżały praktycznie nad samą wodę. W końcu znaleźliśmy wolne miejsce idealne żeby postawić auto.

Po wyjściu należało przede wszystkim przygotować teren do użytkowania. Ogarnąłem, więc leżące dokoła śmieci, po czym wyjąłem z samochodu łopatę i pozakopywałem ekskrementy, które zostawili poprzedni plażowicze. Po chwili teren był uprzątnięty i przygotowany na niczym niezmącony relaks.

Czasami nie ma drzew do rozwieszenia hamaka



Resztę upalnego dnia spędziliśmy na smażeniu się w słońcu przeplatanym kąpielami w ciepłej jak zupa wodzie. Dzień pożegnał nas przepięknym zachodem słońca.
Kolejny dzień zaczęliśmy od orzeźwiającej kąpieli i ruszyliśmy do Konstancy. Było to jedyne miasto duże miasto na naszej liście miejsc do zwiedzenia. Znalazło się na niej z powodu oceanarium, które planowaliśmy zwiedzić w ramach zapewnienia dzieciom atrakcji.



Nasz "cyganowóz"

Konstanca

Trzytygodniowy wyjazd z dwójką dzieci z nocowaniem w dość ciasnym busie stawia przed nami konieczność zapewnienia im jakichś rozrywek. Dla nas wystarczy cisza i piękne widoki, ale dzieci nie bardzo są zajarane kolejnymi kilometrami pokonywanymi przez góry, nawet jeśli widoki byłby tak piękne, że wypalały by oczy. Z tego powodu staramy się tak planować trasę żeby, co kilka dni trafiać w miejsca atrakcyjne dla dzieci. Z tego właśnie powodu, mimo sporej niechęci do przedzierania się przez centrum ruchliwego miasta postanowiliśmy zabrać je do oceanarium w Konstancy.

Spore było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że owa atrakcja to nic innego jak niezbyt okazały budynek z niewielkimi akwariami w środku. Zupełnie inaczej wyobrażaliśmy sobie miejsce hucznie zwanym oceanarium. Podejrzewam że więcej gatunków ryb znaleźlibyśmy w większym sklepie zoologicznym. Na szczęście dzieciom się podobało, więc nasza podróż przez zakorkowane centrum Mamaja oraz krążenie po uliczkach Konstancy nie było całkiem bez sensu.

Opuszczone kasyno w Konstancy
Gdzie jest Nemo?



Po wyjeździe z Konstancy skierowaliśmy się w stronę Bukaresztu. W żadnym wypadku nie mieliśmy ochoty na zwiedzanie stolicy, ale po naszej przygodzie z komarami z przed kilku dni postanowiliśmy podjechać do Decathlonu i kupić jakąś moskitierę.
Market znajdował się, co prawda na obrzeżach miasta, ale dojazd tam i powrót na główną trasę kosztował nas dużo nerwów.

Bukareszt

Tak się jakoś złożyło, że do stolicy Rumunii postanowiliśmy wjechać w godzinach szczytu komunikacyjnego. Przeprawa przez zapchane samochodami ulice Bukaresztu przypominała walkę o każdy centymetr pokonywanej drogi. Ze wszystkich bocznych uliczek wypływał potok samochodów, których kierowcy częściej używali klaksonu niż kierunkowskazu. Z trudem metr po metrze przesuwaliśmy się do przodu, razem z innymi zmęczonymi dniem pracy kierowcami. Przez pewien czas mieliśmy przewagę, która polegała na tym, że przemieszczaliśmy główną drogą, na której teoretycznie mieliśmy pierwszeństwo przejazdu. Szczęście nas opuściło, gdy dojechaliśmy do skrzyżowania z drogą wyższego rzędu. Przez chwilę z szeroko otwartymi oczami przyglądaliśmy się jak autochtoni pokonują skrzyżowanie bezczelnie wpychając swoje Dacie pod przejeżdżające ciężarówki wymuszając w ten sposób pierwszeństwo. Jako kierowca nie byłem mentalnie gotowy na oglądnie tej zbiorowej próby samobójczej.

Niekończący się sznur trąbiących samochodów.

Po chwili przyszła kolej na nas. Z obu stron sznur samochodów nie słabł nawet na chwilę. Wśród nich dość licznie pojawiały się wielkie budowlane ciężarówki. Kierowcy za nami z niecierpliwością czekali na nasz ruch motywując nas do działania kakofonią klaksonów. W pewnym momencie miałem ochotę zamknąć oczy i wcisnąć gaz z nadzieją, że się nam uda. Szczęśliwe dla mnie i pasażerów rozsądek wziął gorę nad ułańską fantazją i wybrałem taktykę podpatrzoną u tubylców. Powoli, ostrożnie acz konsekwentnie parłem do przodu zmuszając pojazdy do zatrzymania się i przepuszczania nas na drugą stronę skrzyżowania. Udało się i nikt nie zginął.



Strategia okazała się bardzo skuteczna i tego dnia stosowałem ją tak długo aż udało się opuścić stolicę, z moskitierą na wyposażeniu.
Po wyjechaniu z komunikacyjnego chaosu wyskoczyliśmy na autostradę zmierzając na nocleg przy zaporze na rzece Arges kończąc w ten sposób nadmorski etap naszego rumuńskiego roadtripu.

Miejscówka nad rzeką Arges, poniżej zapory.
Następnego dnia ruszyliśmy w stronę trasy Transfogarskiej, ale o tym w następnej części relacji z Rumunii.

Komentarze

  1. Zajefajnie w tej Rumunii :) Nie licząc kup :D Myślicie, że warto pojechać tam w maju? Jakiego drona używacie? Roletę macie na stałe zamontowaną do bagażnika?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nasz dron to maleństwo zwane DJI Spark. Sprzęt do zastosowań amatorskich, ale za to kompaktowy więc można zabrać go wszędzie.

      Usuń
    2. Też się właśnie nad nim zastanawiam:)

      Usuń
  2. Myślę że każda pora jest dobra na Rumunię, bo oferuje ona wiele dla każdego rodzaju turysty. O dronie Radek odpisze, a co do rolety to owszem, zamontowana jest na stałe jednak to DIY mojego męża od początku do końca :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty