Rumunia - trasy przez góry


Kolejny etap wyjazdu do Rumunii zaczął się słonecznym porankiem nad rzeką Arges. Dzień wcześniej po naszych przygodach w Bukareszcie dojechaliśmy nad Arges praktycznie już po zmroku. Miejsce, które wybraliśmy wydawało się całkiem rozsądne, ciche spokojne z ładnym widokiem na rzekę.




Rano niestety okazało się, że ta cicha i mało uczęszczana droga, przy której nocowaliśmy prowadzi do żwirowni i od piątej rano, regularnie, co pięć minut przejeżdża nią ciężarówka wyładowana piachem.
Jako że warunki nie sprzyjały długiemu rannemu leniuchowaniu, skorzystaliśmy z bliskości rzeki i zrobiliśmy szybkie pranie. Słońce od rana, prażyło mocno, więc ubrania szybko wyschły a my po śniadaniu byliśmy gotowi do drogi.


Tego dnia zaplanowaliśmy wjazd na trasę Transfogarską. Zanim jednak tam dojechaliśmy, zatrzymaliśmy się w u podnóża Fogaraszy po to aby zwiedzić słynną Twierdzę Poenari w której zamieszkiwał Wlad Palownik, stawiany jako pierwowzór Drakuli z powieści Brama Stockera.

Twierdza Poenari

Na miejsce dojechaliśmy tuż przed godziną piętnastą, co jak się później okazało było dość fartownym zrządzeniem losu. Zaparkowaliśmy samochód wśród wielu innych stojących na poboczu drogi, kilkadziesiąt metrów od wejścia na szlak prowadzący do twierdzy. Budowniczym twierdzy nie można odmówić ułańskiej fantazji, ponieważ budowlę usytuowali wysoko na skałach w miejscu tak niedostępnym że nawet obecnie aby się tam dostać należy pokonać strome, kręte schody liczące 1480 stopni.


Przy wejściu na schody prowadzące do cytadeli tłoczyła się już spora grupa turystów, a wisząca na zamkniętej na kłódkę furtce tabliczka informowała że wejście na górę możliwe jest jedynie dwa razy dziennie tj. o godzinie 10 oraz 15. Wyglądało na to, że trafiliśmy więc idealnie na godzinę zwiedzania. Oprócz turystów obok wejścia na betonowe schody stało również kilku uzbrojonych policjantów. Pomyślałem wtedy, że Twierdza Poenari musi mieć olbrzymią wartość dla Rumunów skoro ruch turystyczny jest tak restrykcyjnie regulowany, a turystów pilnuje uzbrojona policja.

Wybiła piętnasta, jeden z policjantów otworzył bramkę i stanął na początku długiego rzędu turystów. Ruszyliśmy, jeden za drugim po stromych schodach. Marta z Zosią szła z przodu a ja z Anią w nosidle noga za nogą wlokłem się za nimi. Wszyscy szli gęsiego, jeden za drugim tworząc długiego „węża” wijącego się do góry po stromych schodach. Policjanci zajęli miejsca na początku, w środku oraz na końcu naszego korowodu. Początkowa część naszej trasy prowadziła wzdłuż ogrodzenia jakiegoś kempingu, na którego terenie postawionych było kilkanaście drewnianych domków letniskowych. Moją uwagę jednak przykuło ogrodzenie, wzdłuż którego się przesuwaliśmy. Miało ze dwa metry wysokości i zrobione było z siatki, której górna część, zbrojona była kłębami zasieków z drutu kolczastego. Kemping zdecydowanie był przygotowany na odparcie ataku zombie. Gdy minęliśmy ogrodzenie na jednym z drzew wisiała przybita do drzewa kartka z wizerunkiem niedźwiedzia z napisem „ATENTIE Zona frecventata de URSI”. Nagle kropki się połączyły. Określone godziny wejścia, uzbrojona obstawa i ogrodzenie kempingu zdolne odeprzeć atak hordy zombie. Dotarło do mnie, że Policja była po to żeby nas chronić a nie żeby strzec dziedzictwa narodowego Rumunii. Przez chwile zrobiło się nieswojo, bo przecież spotkanie z miśkiem to nie przelewki, a patrząc na ilość wleczącego się z mozołem po schodach żywego prowiantu, cała rodzina niedźwiedzi miałaby niezłą wyżerkę. Rozejrzałem się jednak dokoła i stwierdziłem, że w sumie nie ma czego się tutaj bać. Ludzi było dużo, byli głośni, więc szanse na spotkanie jakiegokolwiek dzikiego zwierzęcia w najbliższej okolicy były niewielkie.

Ze spokojniejszą już głową parłem dalej po tych pieprzonych schodach z nadzieją, że na górze zobaczę coś, co będzie warte tego wysiłku. Marta spocona z wypiekami na twarzy napierała w górę ciągnąc za sobą marudzącą Zosie a ja z palącymi łydkami zgięty w pół targałem na plecach piętnastokilowego trzylatka. Tylko Ania w nosidle miała świetny humor i wesoło szarpała mnie za sznurki od kapelusza. Na końcu naszej drogi wszyscy byli już tak zmęczeni, że gdyby przyszedł do nas ten straszny niedźwiedź, co najmniej połowa turystów po prostu by się położyła na ziemi i dała zeżreć żywcem.

Wejście do cytadeli dekorował malowniczo dyndający na szubienicy wisielec, charakteryzując w oczywisty sposób byłego gospodarza zamku. Znanym faktem jest, że popularny Hrabia Drakula zasłynął z tego, że każdy kto nadepnął mu na odcisk, dość szybko podupadał na zdrowiu kończąc zwykle żywot ze srogim kołkiem w d…

Sama twierdza nie była zbyt rozległa i a jej stan był zgodny z jej wiekiem. Tak czy inaczej jest godna odwiedzenia ze względu na niewiarygodne górskie widoki.


Widoki z Twierdzy Poenari

Zwiedzanie nie zajęło nam dużo czasu, bo nie za bardzo było co zwiedzać, wiec znaleźliśmy najmniej napakowany turystami kąt między ścianami zapewniającymi odrobinę cienia a jednocześnie z pięknym widokiem na drogę wiodącą w stronę zapory Vidaru. W nagrodę za pokonanie tych wszystkich betonowych stopni, otworzyliśmy zimnego browarka i nie zważając na zawistny wzrok reszty zwiedzających chłonęliśmy widoki jak odpowiedzialni rodzice – z piwem w ręku. Sielanka trwała do czasu, kiedy Ania wypowiedziała klasyczne „Tatuś, siku chcę”. No i teraz misja dla ojca - znaleźć miejsce na szybkie siku swojej córeczki w średniowiecznej twierdzy postawionej na wysokiej skale, w której zagęszczenie turystów na metr kwadratowy jest większe niż ludzi w indyjskim slumsie.

Przypomniało mi się, że przy wejściu na teren cytadeli były jakieś wychodki. Chwyciłem Anię pod pachę i przeciskam się z nią do wyjścia. Dotarliśmy do schodów prowadzących do podnóża murów. Szybko zbiegam po schodach mając nadzieję, że pęcherz córki mnie nie zawiedzie, jednocześnie rozglądając się za ustronnym miejscem gdzie można by ją wysadzić. W tym momencie zauważyłem, że za sporym głazem tuż przy murach zamku stoi niedźwiedź. Rozejrzałem się dokoła czy jeszcze ktoś inny widzi to samo co ja. Najbliżej nas na spoczniku między kondygnacjami stała grupka ludzi, którzy byli zajęci robieniem sobie selfie i nie widzieli nic poza ekranem telefonu. Sytuacja zupełnie kuriozalna. Na górze ze 100 osób, które fotografują każdy centymetr kwadratowy zamku, wśród nich policja, której zadaniem jest ochrona turystów przed niedźwiedziami i nagle ja stoję przed dzikim zwierzęciem, którego nikt oprócz mnie nie widzi trzymając pod pachą trzylatka, który zaraz się posika . Byłem zupełnie zdezorientowany i nie wiedziałem, co w tak absurdalnej sytuacji powinienem zrobić. Poszedłem, więc za głosem serca i zachowałem się jak rasowy turysta. Wyciągnąłem telefon i zacząłem robić zdjęcia, bo wiedziałem, że bez tego nikt mi nie uwierzy. Pyknąłem kilka zdjęć, pokazałem Ani misia i nie zważając na pilną potrzebę córki wróciłem biegiem do Marty. Kiedy dotarłem nie mogłem nic mówić ze zmęczenia i emocji, więc Ania powiedziała „Mamusiu widzieliśmy misia”. Oczywiście nikt jej nie uwierzył. Dopiero, gdy wyciągnąłem telefon i pokazałem zdjęcia zobaczyłem jak Marcie powiększają się oczy ze zdziwienia(i z zazdrości;). Piwa już nie dopiłem, czas było wracać na dół. Zejście po schodach nie było już takie wyczerpujące i trwało około 15 min.

Jedyne sensowne zdjęcie niedźwiedzia, które udało się zrobić trzęsącą ręką.

Poniżej zamku nad płynącym tam strumieniem znajdowała się idealna do noclegu polana. Na wjeździe widniała tabliczka „Camping zona, taxa 10 lei” zjechaliśmy wiec na dół i zaczęliśmy przygotowania do noclegu. Miejsce pozwalało na legalne ognisko, więc wybrałem się na drugą stronę strumienia po drewno. Szukając drewna zauważyłem, że wiele drzew tam rosnących posiada całkiem znajome podłużne ślady na pniach. Nie trzeba było mnie przekonywać, jakie zwierzę okaleczyło tak te drzewa. Wieczorem przyjechał gospodarz terenu zainkasować opłatę za postój i przestrzegł nas żebyśmy nie zostawiali żadnych śmieci na noc koło samochodu, bo w nocy przychodzą niedźwiedzie i robią bałagan. Uwierzyliśmy na słowo i zastosowaliśmy się do wszystkich zaleceń.



Trasa Transfograska

Następnego dnia ruszyliśmy na trasę Transfograską po drodze zahaczając o zaporę na jeziorze Vidaru i umieszczony tam punkt widokowy. Sama trasa oferuje naprawdę piękne widoki. Mimo sporego ruchu jechało się całkiem dobrze i nawet jakość drogi była przyzwoita.
Zapora Vidaru
Na trasie Transfogarskiej


Nasz biały bus z mozołem toczył się kilka godzin pod góre po krętych serpentynach aż w końcu dotarliśmy do kulminacyjnego punktu trasy - nad jezioro Balea.

Jezioro Balea

Lacul Bâlea to pięknie położone górskie jezioro, które stanowi połącznie naszego morskiego oka i Krupówek. Miejsce urokliwe, ale też bardzo tłoczne i głośne. Jednak, gdy już znaleźliśmy miejsce na zaparkowanie auta i piechotą oddaliśmy się kawałek biegnącym dookoła jeziora szlakiem znaleźliśmy się w pięknej górskiej cichej krainie. Z wysokości można było podziwiać jezioro i okolice, ale zgiełk straganów zostawał na dole. Żałowałem, że nie mielimy możliwości dłużej pochodzić tam po górach. Niestety nosidło plus masa Ani nie za bardzo umożliwiało dłuższy hiking.




Tego dnia nie zjechaliśmy już na dół. Zostaliśmy na nocleg tuż przy drodze na parkingu koło niewielkiego wodospadu. Obok nas nocowała jeszcze spora ekipa z Czech a późnym wieczorem przyjechali również Polacy.







Transalpina

Dwa dni później rozpoczęliśmy podróż drugą sztandarową górską trasą w Rumunii którą przejechać trzeba się koniecznie. Ruszyliśmy na Transalpinę. Jadąc w jej kierunku myślałem że nie będzie się dużo różnić od wcześniej przejechanej Trasy Transfogarskiej. Na szczęście bardzo się pomyliłem, bo było znacznie lepiej. Transalpina jest przepiękna. Widoki robią dobrze w oczy i jadąc nią nie chciałem żeby się skończyła. Dobrej jakości asfalt ciągnący się po górskich grzbietach na wysokości przekraczającej 2000m n.p.m oferuje naprawdę cudowne emocje. Przypomina to trochę jeżdżenie po bieszczadzkich połoninach, tylko że wyżej i więcej.





W tym roku tak się niefortunnie złożyło że, mimo że Zosia jak kozica chodzi po górach, to Ania jest jeszcze zbyt mała na dłuższe spacery a przy tym już zbyt ciężka żebym mógł ją nieść przez wiele godzin na plecach. To powodowało że dłuższe górskie wycieczki były niemożliwe. Zrobiliśmy co prawda, kilkugodzinną wycieczkę po górach ale i tak pozostał ogromny niedosyt, i myśli żeby tam wrócić specjalnie na wędrówki po górach. Ze względu na piękno miejsca, tym razem również nie zjechaliśmy na dół na nocleg, postanowiliśmy, że śpimy na górze żeby w pięknych okolicznościach przyrody rano wypić kawkę. Na takiej wysokości temperatura znacznie spadła w nocy, ale po tych wszystkich upalnych dniach była to miła odmiana.



Trasa jest obowiązkowym punktem wyjazdu do Rumunii, ale należy jednak pamiętać, że droga jest bardzo wymagająca dla samochodu, niektóre fragmenty podjazdów nasz bus pokonywał już tylko na pierwszym biegu, i były momenty kiedy miałem poważne obawy czy da radę.

Z Transalpiny ruszyliśmy stronę Hunedoary i znanego Castelul Corvinilor. Podróż przebiegała wolno, bo spory odcinek drogi nie mieścił się w żadnej kategorii jakościowej i tym razem byłem już pewny, że zapamiętany zostanie, jako najgorsza droga, którą jechaliśmy. To, że nic nam nie odpadło to tylko zasługa niemieckich inżynierów z Volkswagena.

Zamek w Hunedoarze 

to miejsce które zwykle wyświetlało mi się na Pintereście gdy wpisywałem hasło Rumunia. Malowniczo położony zamek z charakterystycznym długim mostem postawionym nad głęboką fosą. Dla mnie osobiście ten zamek stanowi ikonę Rumunii.

Po przyjeździe musieliśmy nieco czasu odstać w kolejce do wejścia, ale chyba było warto. Nawet dzieci z ciekawością zwiedzały zamkowe komnaty. Jako że cały zamek uznawany jest za muzeum, zebrano w nim sporo eksponatów dotyczących kultury regionu. Począwszy od przedmiotów użytkowych użytkowanych przez mieszkańców zamków przez oryginalne fragmenty murów zdobionych herbami rodu Corvinus po eksponaty przyrodnicze. Dzieci najbardziej zapamiętały ogromną czaszkę niedźwiedzia no i oczywiście jak na Rumuński zamek przystało dość bogato wyposażoną salę tortur. Zwiedzanie zajęło nam około dwóch godzin w trakcie których spokojnie przebyliśmy całą ścieżkę zwiedzania oglądając większą część zamku. Znaleźliśmy również trochę czasu na odpoczynek od prażącego słońca na ocienionym zamkowym dziedzińcu.



Turda Salina

Czas naszego urlopu powoli się kończył i powoli kierowaliśmy się w stronę Polski. Do odhaczenia na naszej liście „miejsc do zobaczenia” została tylko kopalnia soli „Turda Salina”. Bywając kilkukrotnie w kopalni soli w Wieliczce miałem już wyrobione wyobrażenie o tym jak wygląda wnętrze kopalni soli. Dlatego wielkie było moje zdziwienie, gdy zamiast znanego z Wieliczki muzeum górnictwa ktoś zorganizował pod ziemią park rozrywki. W wielkich komnatach wydrążonych w pokładach soli można było pograć w minigolfa, kręgle lub przejechać się na diabelskim młynie. Na dnie najgłębszego szybu znajdowało się jezioro, po którym można było popływać łódką. Takie atrakcje zwabiały bambiliony ludzi którzy chętnie korzystali z podziemnych rozrywek powodując tym samym gigantyczne kolejki do windy.
Wielkość samego obiektu zdecydowanie ustępuje Wieliczce a i klimat naszej rodzimej kopalni bardziej nam odpowiadał. Jednakże trzeba przyznać, że sam pomysł na takie urządzenie wnętrza kopalnianych szybów sprawia że mimo tłumów warto odwiedzić to miejsce.


Cheile Turzii

Po kilku godzinnym pobycie pod ziemią przyszedł czas na szukanie noclegu. Po raz kolejny wybawieniem stała się aplikacja Park4Night która poprowadziła nas do niesamowitego wąwozu Cheile Turzii (wąwóz Turda). Jadąc na miejsce noclegu nie sądziliśmy, że trafimy w miejsce tak fantastyczne że zamiast wracać do Polski postanowiliśmy zostać jeszcze jeden dzień żeby pochodzić po górach.
Samochód zaparkowaliśmy na sporym wzniesieniu, z którego rozpościerał się malowniczy widok na wysokie na 300m, wapienne ściany miedzy którymi wartko płynął strumień od tysiącleci drążący w wapieniu wąski korytarz. Z tak doborowo wybranej miejscówki raczyliśmy się spektakularnym zachodem słońca z kawką w ręku. Zanim słońce zaszło polatałem jeszcze Sparkiem żeby sfotografować te piękne okoliczności z lotu ptaka.





Rano po śniadaniu wybraliśmy się w góry. Wybraliśmy trasę górą a potem zamierzaliśmy wrócić szlakiem biegnącym po dnie wąwozu. Podejście na górę nieźle dało nam w kość. Słońce prażyło niemiłosiernie a ja dodatkowo targałem na plecach Anię, która jak zwykle była najbardziej zadowolona z wycieczki. W pewnym momencie temperatura i strome podejście pokonało nas wszystkich (oprócz Ani). Po dłużej przerwie jednak udało nam się dotrzeć na szczyt. Opłacało się. Widok na skalne urwiska robił ogromne wrażenie. Zatrzymaliśmy się tam na dłuższą chwilę, odpoczęliśmy, polatałem dronem i powoli zaczęliśmy schodzić na dół.
Droga powrotna prowadziła na szczęście w cieniu wapiennych skał i pozwoliła odetchnąć od lejącego się z nieba żaru. Trzykilometrowa trasa nie była trudna, nie dziwiła nas więc obecność sporej ilości spacerujących turystów. Po dotarciu do celu nie mieliśmy już mocy na gotowanie jedzenia więc skorzystaliśmy z baru przy schronisku turystycznym i tam zjedliśmy obiad.




Wąwóz Turda był ostatnim punktem naszej wyprawy po Rumunii. Pozostawała jeszcze tylko niezbyt emocjonująca i męcząca, długa droga powrotna.

Rumunia okazała się krajem doskonałym do tego typu wypraw z noclegami na dziko. Mimo że przejechaliśmy busem ponad 6000 kilometrów to nadal zostaje niedosyt i świadomość, że w wielu miejscach byliśmy zbyt krótko a innych w ogóle nie odwiedziliśmy. Mam nadzieje, że dane nam będzie tam wrócić i więcej czasu spędzić na wędrówkach po górach.

Komentarze

Popularne posty