Ferie w Sudetach

Wielokrotnie skarżyłem się, jaką to kiepską zimę przyszło nam oglądać w tym roku. Plusowe temperatury, wysoka wilgotność powietrza i ciągłe opady w połączeniu z krótkim dniem i stale zachmurzonym niebem tworzyły depresyjną atmosferę odbierającą radość życia. Nawet nasze wyjazdy w poszukiwaniu śniegu nie do końca zakończone były sukcesem. Z niekrytą zazdrością przeglądaliśmy internetowe doniesienia o warunkach pogodowych na południu Polski i przeglądaliśmy zdjęcia samochodów tonących w śniegowych zaspach.
W końcu nadszedł luty. U mnie w pracy uspokoiło się trochę po zakończeniu roku więc pojawiła się szansa na wybranie kilku dni zaległego urlopu. Marta również urwała 3 dni wolnego z pracy, więc realne stało się aby na kilka dni wyskoczyć w góry i zobaczyć w końcu jak wygląda zima.


Ponieważ od dłuższego już czasu miałem ochotę na zimowe biwakowanie w stylu Vanlife, dlatego bardzo chciałem żeby wyjazd odbył się z noclegami w busie. Miałem nadzieję że sprawdzimy jak wygląda życie w blaszanej puszce gdy na zewnątrz zima i mrozy. Niestety kolejna awaria ogrzewania postojowego pozbawiła nas nadziei na biwak w zimowej scenerii.

Ostateczna decyzja o wyjeździe była dość spontaniczna i w sumie w ostatniej chwili rezerwowaliśmy noclegi. Znalezienie kwatery w okresie narciarskich żniw również nie było proste. Większość hoteli, pensjonatów i prywatnych kwater było pozajmowane w tym terminie. Po żmudnych poszukiwaniach na „hotelowych” portalach udało nam się zaklepać 4 noclegi w Lubawce. Na te krótkie cztery dni dzieci przekazaliśmy Marty rodzicom pod opiekę, a my prawie jak za dawnych czasów ruszyliśmy na Południe Polski żeby ujrzeć białość.

Lubawka
Panorama Lubawki ze Śnieżką w tle

Zupełnie niespodziewanie podróż minęła ekspresowo i dzięki niedawno otwartej trasie S3, góry znalazły się bliżej niż zwykle. Podróż nie zajęła nam dużo czasu mimo, że jakoś specjalnie nie męczyłem busa na trasie. Na miejscu byliśmy około 12:30 i po szybkim zakwaterowaniu postanowiliśmy maksymalnie wykorzystać ten słoneczny dzień i szybko wybraliśmy się na spacer na szczyt leżącej tuż za płotem góry.

Święta Góra

Święta Góra to wzniesienie o wysokości 701m n.p.m górujące nad Lubawką. Na szlaku prowadzącym na jej szczyt natknęliśmy się na sześć różnej wielkości kapliczek, urokliwie posadowionych na zalesionym zboczu. Szukając informacji w internecie, dowiedzieliśmy się że są to ruiny Kalwarii Lubawskiej która w ubiegłych wiekach często uczęszczana przez pielgrzymów uznawana była za cudowne miejsce. W zrujnowanych przez czas wnętrzach można podziwiać piękne malowidła sakralne, które kontrastując z wątpliwej urody twórczością współczesnych wandali dają wyobrażenie o wyglądzie kapliczek w latach ich świetności.

Kalwaria Lubawska



Kapliczka Kalwarii Lubawskiej





Pogoda tego dnia była przepiękna i grzechem byłoby nie wykorzystać jej do zabawy z dronem. Po dotarciu na szczyt odpaliłem Sparka i zrobiłem kilka zdjęć z powietrza. Gdybym wtedy wiedział, że będzie to jedyny dzień podczas naszego wyjazdu, w którym możliwe będzie latanie na pewno wylatałbym trzy baterie a nie tylko jedną:). Wykorzystywaliśmy ten dzień w całości i na dół schodziliśmy już w świetle zachodzącego słońca.


Góry Krucze

Następnego dnia plan zakładał niezbyt wymagające wędrowanie po szlakach w Górach Kruczych. Nasz plan lekkiego spacerku po niezbyt wysokich górach został niemal natychmiast zweryfikowany przez naszą kondycję oraz półmetrową warstwę sypkiego śniegu która skutecznie spowalniała marsz. Nasz spacer zaczęliśmy od rezerwatu „Kruczy Kamień” i wejścia na szczyt o takiej samej nazwie z którego roztaczała się całkiem nieszpetna panorama na Bramę Lubawską. Po krótkim przystanku na szczycie, ruszyliśmy dalej i brodząc w głębokim śniegu kierowaliśmy się w stronę granicy z Czechami. Przez większą część drogi szliśmy po śladach skutera śnieżnego który przejechał kilka dni wcześniej ubijając trochę śnieg i tym samym ułatwiając nam wędrówkę. Gdy w końcu stanęliśmy przy słupku oznaczającym granicę państwa okazało się że szlakiem który prowadzi wzdłuż granicy nikt od dawna nie przechodził a nawianego śniegu miejscami było ponad metr. W takich warunkach nasz lajtowy marsz w niewysokich górach, mocno się skomplikował a czas przejścia wydłużył się dwukrotnie w stosunku do czasu podanego na kierunkowskazach. Skończyło się na tym, że „spacerek” trwał 7 godzin a do samochodu wróciliśmy już chyba tylko siłą rozpędu.

Widok na Lubawkę z Kruczej Skały



Zmęczeni i zadowoleni w naszym busiwie

Skalne Miasto Adrspach

Spodziewając się poważnych zakwasów w dniu następnym postanowiliśmy odwiedzić Adrspach i położone tam Skalne Miasto. Labirynt wysokich skalnych ostańców stanowi niespotykaną u nas atrakcję. W prawdzie Skalne Miasto tworzą dwie grupy skał położone Adrspach i w niedalekich Teplicach połączone ze sobą szlakiem, to my z powodu późnej pory zwiedziliśmy jedynie te w Adrspach. Obszar skalnego labiryntu stanowi rezerwat przyrody a wstęp na jego teren jest płatny. Za wejście osoby dorosłej zapłaciliśmy 60 koron. Samo zwiedzanie należy raczej do tych nie wymagających. Szlaki przygotowane są bardzo dobrze i nawet spacer z dziecięcym wózkiem nie będzie problemem. Dla osób szukających większych emocji przygotowane są odbijające z głównego szlaku ścieżki, przed którymi widniały tabliczki „ Wchodzisz na własną odpowiedzialność”. Prowadzą one stromymi schodami w skalne zakamarki pokazując pełniej charakter kamiennego labiryntu. Po przebyciu tej 3 kilometrowej trasy przejechaliśmy do leżących nieopodal Teplic chcąc zobaczyć drugą grupę skał. Niestety szlak w okresie zimowym dostępny jest dla turystów jedynie do 15:30 a my się spóźniliśmy.

Skalne Miasto





Skalny Stół

Ostatniego dnia naszych mikroferii zaczęła się odwilż. Na ulicach Lubawki pojawiły się kałuże i błoto. Dzień nie wydawał się dobry na jakiekolwiek wędrówki. Jednakże chcąc maksymalnie wykorzystać czas w górach, podjechaliśmy na Przełęcz Okraj i stamtąd wybraliśmy się szlakiem w wyższe niż do tej pory partie gór mając nadzieję, że tam wysoko temperatury są niższe i odwilż tam nie dotarła. Z przełęczy ruszyliśmy w kierunku Śnieżki mając oczywiście świadomość, że w takich warunkach nie ma szans żeby na nią wejść i wrócić do samochodu. Postanowiliśmy więc wejść na Skalny Stół i stamtąd zacząć drogę powrotną.

Po pokonaniu pierwszego podejścia nagle znaleźliśmy się w przepięknej zimowej krainie, w której ilość śniegu zaskoczyła mnie tak bardzo, że przy każdej okazji sprawdzałem kijkiem głębokość pokrywy śnieżnej i łapałem się za głowę gdy kij nie natrafiał na dno. Tyle śniegu nie spadło w okolicach Szczecina przez ostanie dziesięć lat łącznie. Niesamowite oklejone śniegiem świerki wyglądające jak zgarbione lodowe baby nadawały magicznego klimatu naszej wędrówce. Co jakiś czas przez przeganiane mocnym wiatrem chmury widać było błękit nieba a przebijające się promienie słońca potwierdzały że wyjście z domu było jednak dobrą decyzją.

Dotarliśmy w końcu na Skalny Stół ale nie sposób było zostać tam dłużej mimo pięknych widoków. Wiatr był tak silny, że prawie nas przewracał. Na mapie niedaleko nas zaznaczona była wiata która w tamtym momencie wydawała się świetnym miejscem do odpoczynku i posilenia się. Zaczęliśmy schodzić w kierunku zaznaczonym na mapie co chwilę zapadając się po pas w śniegu.


Chatka Słoneczna

Po kilkunastu minutach okazało się że obiekt zaznaczony na mapie to nie wiata tylko chatka.
Chatka Słoneczna (bo tak się nazywała ) była zasypana śniegiem po sam dach. Chcieliśmy wejść do środka, bo na zewnątrz wiało jak diabli a my byliśmy już dość zmęczeni więc chętnie odpoczęlibyśmy w zaciszu górskiej chaty. Przystąpiłem więc do odkopywania drzwi wejściowych i dopiero po dłuższej walce ze śniegiem, wiatrem oraz drzwiami, uświadomiłem sobie, że chata jest zamknięta na zamek. W tym momencie przypomniałem sobie, że jestem w Polsce i tutaj turyści nie mają co liczyć na schronienie, miejsce do ogrzania, awaryjny nocleg. Pomyślałem, że to takie cholernie smutne, że miejsca tego typu są niedostępne dla turystów zwłaszcza w porównaniu chociażby z Finlandią gdzie takie chaty znajdują się w parkach narodowych są pięknie wyposażone i dostępne dla wszystkich. Jak długo będziemy tkwić w narodowym przeświadczeniu, że każdy jest potencjalnym wandalem i złodziejem i dla szeroko pojętego bezpieczeństwa lepiej wszystko pozamykać, zakazać i ukryć na mapach, ku uciesze grupki ludzi którzy mają do takich miejsc dostęp (no bo przecież ktoś z tego korzysta)?

Zgarbione "śniegowe baby"




Skalny Stół



Chatka Słoneczna Karkonosze

Mala Upa na Przełęczy Okraj

Zmarznięci, wkurzeni i jednocześnie zniesmaczeni zaistniałą sytuacją rozpoczęliśmy drogę powrotną. Na chwilę jeszcze zatrzymaliśmy się w wiacie na terenie nie istniejącej wsi Budniki. Zjedliśmy, wypiliśmy kawę i ruszyliśmy dalej w stronę Przełęczy Okraj. Godzinę później byliśmy na miejscu.

Następnego dnia ruszyliśmy do domu, kończąc tym samym naszą krótką zimową przygodę. Wróciliśmy jak zwykle z niedosytem ale również ze świadomością, że z tego wyjazdu wyciągnęliśmy tyle gór ile się dało.









Komentarze

  1. Nie wiedziałam, że w Lubawce taki fajny krajobraz i że taka fajna opuszczona kapliczka :) Muszę oblukać gdy nadarzy się okazja. Na Okraj podjechaliście busikiem bez problemu? Fajny wupadzik :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bus nie pod takie góreczki podjeżdżał;) Okraj to pikuś, choć śniegu dużo zwęrzało drogę. Kapliczki urocze, aż żal, że niszczeją, Pani u której mieszkaliśmy mówiła, że co wybory to ktoś obiecuje się nimi zaopiekować, a potem :(

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty