Plitwickie Jeziora

Od początku naszego planowania podróży po Bałkanach nie brałem Chorwacji na poważnie. To znaczy, że traktowałem ją raczej jako kraj tranzytowy a nie cel podróży. Skutkiem tego był całkowity brak planu na jej zwiedzanie. Przez chwilę zastanawialiśmy się co ciekawego można zobaczyć więc postanowiliśmy obejrzeć jedną ze sztandarowych atrakcji tego kraju a mianowicie Park Narodowy Jezior Plitwickich.

Nacionalni Park "Plitvička jezera"

Największą jego atrakcją jest 16 krasowych jezior połączonych ze sobą licznymi kaskadami i wodospadami, które w połączeniu z błękitem wody i bujną roślinnością, nadają miejscu baśniowy klimat rodem z Rivendell



Nadkładając zatem niezły kawał drogi ruszyliśmy w stronę granicy z Bośnią i Hercegowiną.
Po przyjeździe na miejsce szybko okazało się, że tysiące innych turystów również wpadło na pomysł zwiedzania jezior. Można było się oczywiście tego spodziewać biorąc pod uwagę, że Jeziora Plitwickie są reklamowane w każdym przewodniku, na bilbordach i w internecie.

Mimo ogromnego parkingu znalezienie miejsca do zaparkowania okazało się niezwykle trudne i zajęło sporo czasu. Gdy w końcu upchnęliśmy busa w jakiejś luce niekoniecznie przeznaczonej do parkowania, przyszedł czas na zakup biletów wstępu. Kolejka do kasy miała jakieś 50 m i na samą myśl o czekaniu na swoją kolej robiło mi się gorąco. Na szczęście przypadkiem zobaczyłem, że obok kantoru wymiany walut znajduje się jeszcze jedna kasa do której w kolejce stoi zaledwie kilka osób. Kilka minut później kupiłem bilety wstępu odchudzając tym samym portfel o około 350 zł. Mimo, że bilety udało się kupić o wiele szybciej niż wskazywałby na to kolejka do głównej kasy to na wejście do Parku musieliśmy czekać prawie 1,5 godziny ponieważ na jago terenie obowiązuje ograniczenie ilości zwiedzających. 



Przed wejściem na teren parku wyposażyliśmy się w mapkę parku z zaznaczonym przebiegiem szlaków. Być może się czepiam ale czytelność owej mapy pozostawiała wiele do życzenia, więc przyznaję, że trasę naszego zwiedzania wybraliśmy starożytną metodą „na pałę”. Później okazało się, że pomysł nie był najlepszy bo niepotrzebnie natłukliśmy kilometrów idąc wzdłuż największego z jezior o nazwie „Kozjak” które w porównaniu z resztą atrakcji jest dość nudne. Gdy wreszcie dotarliśmy na przeciwległy kraniec „Kozjaka” okazało się, że istnieje możliwość odbycia podróży powrotnej małym elektrycznym promem. Z całą pewnością skorzystalibyśmy z tego środka transportu gdyby nie to, że kolejka osób chętnych na rejs powrotny była potwornie długa a my nie mieliśmy ochoty marnować czasu na stanie w kolejce. Podjęliśmy więc decyzję, że pójdziemy dalej zwiedzać tzw. Jeziora Dolne.



Trasy dla zwiedzających w dużej mierze przebiegają po drewnianych kładkach przerzuconych pomiędzy brzegami jezior lub leżących na trawertynowych groblach przez które z hukiem przelewa się woda. Wędrówka po pomostach pozwalała nam zbliżyć się do kaskad często na wyciągnięcie ręki i z bliska podziwiać ich piękno. W czasie marszu dodatkowe emocje gwarantował natomiast brak barierek ochronnych na większości kładek, więc pokonując trasę z dziećmi musieliśmy bardzo uważać żeby przypadkiem któraś z dziewczynek nie spławiła się w dół wodospadu. Sprawy zdecydowanie nie ułatwiały nam również tłumy turystów przeciskających się w obie strony po owych kładkach. 



Mimo, że do końca dnia zostało nam już niewiele czasu to postanowiliśmy skorzystać z darmowej kolejki i pojechać jeszcze na chwilę na na teren tzw. Jezior Górnych. Tam jeszcze przez dłuższą chwilę przechadzaliśmy się pomiędzy jeziorami korzystając z tego, że ze względu na dość późną porę, tłum turystów stawał się coraz rzadszy i tym razem w spokoju można było się cieszyć pięknymi okolicznościami przyrody.

Po dwóch godzinach spaceru, ostatkami sił dziewczynki doczłapały się do stacji kolejki i ostatnim kursem wróciliśmy do miejsca od którego zaczynaliśmy naszą wędrówkę. Pozostało nam jeszcze dotrzeć do samochodu i rozpocząć poszukiwanie miejsca na nocleg. 



Szukanie dzikiego noclegu w pobliżu jednej z najbardziej popularnych atrakcji turystycznej nie było wcale takie proste. Mimo że od razu do wyszukiwania noclegowych opcji zaprzęgliśmy nasze smartfony to ilość miejscówek była bardzo ograniczona. Po dość długim poszukiwaniu stanęliśmy w końcu na poboczu leśnej drogi i tam spędziliśmy noc.
Rano okazało się, że leśna droga przy której nocowaliśmy jest dość ruchliwa. Tubylcy przejeżdżający obok nas dość wnikliwie nas obserwowali sprawiając, że tym razem czułem się bardzo nieswojo. Zarządziłem więc szybką ewakuację i bez składania naszego barłogu przemieściliśmy się do głównej drogi. Decyzja okazała się trafna bowiem wyjeżdżając z lasu na asfaltową drogę minęliśmy się z policyjnym radiowozem. Nie wiem czy jechali do nas, wezwani przez mijających nas autochtonów ale w każdym razie mam wrażenie, że tym razem udało nam się zaoszczędzić na mandacie:) 



Wrażenia

Bez wątpienia Plitwickie Jeziora to miejsce nietuzinkowe i słusznie promowane jako obowiązkowa pozycja do odwiedzenia w Chorwacji. Infrastruktura Parku jest przygotowana do przyjęcia dużej ilości zwiedzających w różnym wieku i kondycji. Trasy są zróżnicowane pod względem długości i trudności oraz poprowadzone w atrakcyjny sposób drewnianymi pomostami. Dużym atutem jest również możliwość skorzystania z darmowych kolejek i promów które pozwalają dużo sprawniej się przemieszczać oszczędzając siły i czas. Ma to olbrzymie znaczenie dla osób starszych jak i dla turystów podróżujących z dziećmi. Szlaki były zasadniczo dobrze utrzymane ale moim zdaniem w większości nie nadają się do zwiedzania pchając dziecięcy wózek.

Jeśli chodzi o nasze subiektywne odczucia to muszę przyznać, że trochę się zawiedliśmy. Myślę że przyczyną mogło być to, że w oparciu o opowiadania znajomych którzy odwiedzili już to miejsce oraz na podstawie przekolorowanych w fotoszopie zdjęć z internetów utworzyliśmy sobie w głowach obraz słonecznego, egzotycznego raju, w którym w ciszy i skupieniu będziemy kontemplowac baśniowe piękno, stworzonych ręką Matki Natury, wodospadów i jezior. 



W życiu widzieliśmy sporo wodospadów więc sama idea spadającej ze skał wody nie rozkłada nas już na łopatki, dlatego tutaj liczyliśmy na coś więcej. Rzeczywistość niestety zweryfikowała troszkę nasze wyobrażenia. Nasza wymarzona egzotyka została pokonana przez zachmurzone tego dnia niebo, które nie pozwoliło nam zobaczyć błękitu wody i soczystej zieleni porastającej kaskady roślinności. Marzenia o spokojnym wędrowaniu w promieniach słońca wśród relaksującego szumu spadającej wody, zostały brutalnie zdeptane przez tłumy przeciskających się kładkami turystów a szum wody mieszał się wielonarodowościowym, niezrozumiałym pomrukiem. Oczywiście mam świadomość, że naiwnością byłoby założenie, że w sezonie wakacyjnym samotnie będziemy zwiedzać znany na cały świat Park Narodowy, ale tłok na szlakach bywał miejscami nie do zniesienia. Zwłaszcza gdy po drewnianym śliskim, pozbawionym barierek pomoście ciągniesz za sobą zmęczoną czterolatkę a idąca z naprzeciwka koreańska wycieczka zdaję się nie dostrzegać twojej walki o życie dziecka i bezlitośnie napiera do przodu. 


Być może troszkę zabrakło nam szczęścia ale tak czy inaczej uważam, że to miejsce warte odwiedzenia i wydania pieniędzy na niezbyt tanie bilety wstępu (plus parking ok 70zł!). Jeśli jednak macie wybór to wybierzcie termin gdy Jeziora są mniej oblegane przez zwiedzających i koniecznie poczekajcie na słoneczną pogodę.

Komentarze

Popularne posty