Park Narodowy Fulufjället - Szwecja

Nie byłem nigdy osobą która lubiłaby odpoczywać na piaszczystych słonecznych plażach z browarkiem w jednym ręku i tubką kremu do opalania w drugiej. Klasyczny słowiański plażing to dla mnie najwyższa forma marnowania czasu i absolutnie nie mogę wyobrazić sobie wypoczynku w takiej przeludnionej piaskownicy. Nie wiem co męczyło by mnie bardziej - przestrzeń ograniczona jedynie do powierzchni swojego zapiaszczonego kocyka czy prażące bezlitośnie słońce. Myślę, że perspektywa spędzania wolnego czasu w takich warunkach skutecznie kieruje mnie ku chłodniejszym obszarom europy.


Północ jest dla mnie synonimem dzikiej przyrody, otwartych przestrzeni, wolności i radości z przebywania w naturze. Odnoszę wrażenie, że takie miejsca na ziemi przeznaczone są dla samotników, ludzi twardych, szukających wyzwań i chcących stanąć w szranki z samym sobą. Surowy klimat, trudny teren a nawet bezlitosne owady sprawiają, że nic tam nie jest proste ale mimo tego ten kierunek przyciąga mnie jak grawitacja. Nie do końca wiem z czego to wynika i dlaczego zamiast podczas majówki smażyć tyłek na plaży w Chorwacji to z radością na twarzy przekopywałem śniegową zaspę w Szwecji.
Kiedy po zjechaniu z promu okazało się, że pogoda na wyspie Öland przez najbliższe dni będzie tragiczna, od razu wyczułem okazję żeby zawlec siebie i rodzinę jakieś 800 km na północ do Parku Narodowego Fulufjället. Mimo, że przed wyjazdem obiecywałem sobie, że tym razem będzie więcej odpoczynku a mniej jeżdżenia to pokusa żeby jeszcze raz zobaczyć północne krajobrazy była silniejsza niż rozsądek. Pomimo braku ekonomicznego uzasadnienia dla takiej zmiany planów oraz ze świadomością, że pokonanie takiego dystansu w warunkach szwedzkich przepisów drogowych to dla nas co najmniej dwa dni jazdy, ruszyliśmy na północ.

Okazało się później, że nasza droga w góry zajęła nam w sumie trzy dni. Faktem jest jednak to, że nie specjalnie się spieszyliśmy robiąc długie przystanki i wcześnie zatrzymując się na nocleg. Mimo planowanej długiej trasy chcieliśmy trochę poodpoczywać zwłaszcza, że pogoda przez kolejne dni była naprawdę piękna.
Pierwszy nocleg wypadł przy opisywanym w poprzednim poście Rezerwacie Yttre Bodane, następny zaś przy plaży nad jeziorem Aplungen a kolejny nad rzeką Fulan. (Wszystkie miejsca w których nocowaliśmy zaznaczyłem na mapie i dostępne są dla Was w zakładce Mapa miejsc.)

Śledzeni z powietrza
Nasze dzielne T4 w drodze na północ.

Do celu podróży nawigacja Google Maps poprowadziła nas szutrową drogą wijącą się między rozległymi torfowiskami. Korzystając z faktu, że droga była praktycznie nie uczęszczana postanowiłem cyknąć kilka zdjęć z drona i nagrać kilka ujęć do filmu z majówki który mam zamiar zmontować. Niewiele brakowało a byłby to ostatni lot Sparka. W czasie lotu zupełne straciłem orientację w terenie i musiałem awaryjnie lądować z powodu słabej baterii.
Na szczęście znalazłem drona bez uszkodzeń 200 m dalej. Wracając uspokojony ze Sparkiem w ręku, podziwiałem torfowisko znajdujące się po obu stronach drogi i samice cietrzewia które spłoszone zrywały się spod nóg.

Rozległy Parking przy wejściu do Parku Narodowego był prawie pusty. Muzeum przyrodnicze i restauracja były nieczynne. Pomiędzy zwałami brudnego śniegu stało zaledwie kilka osobówek, dwa kampery i zielony VW T3. Oznaczało to, że sezon turystyczny nie rozpoczął się jeszcze w pełni. Po chwili przygotowań byliśmy gotowi na wędrówkę po górach.

Park Narodowy Fulufjallet

Park Narodowy Fulufjallet położony jest rejonie Dalarna, przy granicy z Norwegią i zajmuje powierzchnię 385 km2. Ochroną objęty jest obszar płaskowyżu wznoszącego się na wysokość 1042m n.p.m oraz otaczające go rozległe torfowiska i gęste dziewicze iglaste lasy w których 500-letnie drzewa nie należą do rzadkości.
Ciekawostką (o której nie wiedzieliśmy podczas pobytu) jest to, że rośnie tam świerk o nazwie „Old Tjikko” uznawany za najstarsze na świecie drzewo tego gatunku. Najstarsze fragmenty tego osobnika liczą sobie około 9550 lat. Oznacza to, że kiedy drzewo kiełkowało kończyła się właśnie ostatnia epoka lodowcowa.

Pierwszy odcinek szlaku prowadzi po drewnianej kładce przez torfowisko. W tle płaskowyż Fulufjället.


Kolejny fragment szlaku prowadzący przez prawdziwie bajkowy las
Śnieg - największa atrakcja dla dzieci.


 Wodospad Njupeskär

 Największą atrakcją parku, oglądaną co roku przez tysiące turystów jest najwyższy w Szwecji wodospad Njupeskär. Od ponad 150 lat turyści zachwycają się w tym miejscu widokiem wody spadającej z wysokości 93 metrów na dno wąskiego kanionu. W czasie naszego pobytu wodospad był jeszcze częściowo zamarznięty a dno kanionu przykrywała gruba na ponad metr pokrywa śniegu.




Miejsce na ognisko i odpoczynek z widokiem na Njupeskär.
Kładka wiodąca do kanionu.


Pod wodospadem

Szlak prowadzący do wodospadu jest niewymagający i zdecydowanie nadaje się również dla najmłodszych. Prowadzi po drewnianych kładkach, mostkach i schodach. Jedynie zalegające olbrzymie płaty głębokiego śniegu stanowiły spore utrudnienie. Udało nam się jednak zarówno dotrzeć pod sam wodospad jak i wdrapać się na płaskowyż żeby przez chwilę pocieszyć oczy widokami. Niesamowite jak szata roślinna zmienia się już po przebyciu 100 m w górę. Gęste lasy szybko zastąpione zostają bezdrzewnymi skalistymi przestrzeniami gdzie królują tylko porosty i z rzadka rosnące rachityczne, pokrzywione brzozy.

Surowy krajobraz płaskowyżu Fulufjallet


Mimo świetnie utrzymanych szlaków i wielu udogodnień dla turystów, wybierając się tam wiosną warto zadbać o odpowiednie obuwie i nieprzemakalne spodnie dla najmłodszych ponieważ pokusa zabawy w śniegu jest tak duża że na pewno zwykłe spodnie będą całe mokre.

Na parking wróciliśmy po kilku godzinach z przemoczonymi stopami ale zadowoleni, że udało nam się obejrzeć kolejne niesamowite miejsce i aktywnie spędzić dzień.
Infrastruktura turystyczna


Tego dnia do pełni szczęścia brakowało nam tylko noclegu w jakimś ładnym miejscu.
Standardowo poszukiwania rozpoczęliśmy od sprawdzenia co oferuje nam Park4night. Znaleźliśmy niewielką zatoczkę nad rzeką nieopodal wsi Mörkret. Miejsce było oddalone jedynie o kilka kilometrów więc postanowiliśmy sprawdzić je jako pierwsze. Skręciliśmy w boczną szutrową drogę i po przejechaniu około kilometra zatrzymaliśmy się przed wysoką na ponad metr śniegową hałdą która ewidentnie znaczyła miejsce do którego dojeżdżał pług odśnieżający dojazd do posesji którą minęliśmy chwilę wcześniej. Jako że od miejsca noclegu dzieliła nas odległość około 100 metrów, nie pozostało nam nic innego jak przekopać się przez zaspę. Po kwadransie kopania i kilku próbach przebicia się na drugą stronę, w końcu udało nam sie pokonać przeszkodę. Faktycznie kawałek dalej znaleźliśmy idealne miejsce na nocleg.

Miejscówka nad rzeką widziana okiem Sparka
Kolacja...
Poranne mycie naczyń
Miejscówka nad rzeką z miejscem na ognisko i malutkim schronem, który wnioskując po wyrytych w drewnie datach stoi w tym miejscu od ponad 30 lat, okazała się wspaniałym miejscem żeby odpocząć przy ognisku przy kubeczku czegoś mocniejszego. Dziewczynki też były zadowolone z wyboru miejsca ponieważ zalegający śnieg był wspaniałym placem zabaw i było go więcej niż u nas w mieście przez całą zimę.

Nasza nieplanowana wycieczka do Parku Narodowego Fulufjället bardziej uświadomiła mi jak bardzo północne krajobrazy są mi bliskie i jak wspaniale czuję się w tym surowym klimacie. Mam teraz pewność, że jeszcze nie jeden raz wybiorę się w te strony. I może kiedyś przyjdzie dzień kiedy wybiorę się do Szwecji żeby spełnić swoje marzenie i przejść cały szlak Kungsleden.


























Komentarze

Popularne posty