Dookoła Bałtyku.


Nasz wyjazd do Szwecji i Finlandii był oczywistą kontynuacją naszej pierwszej skandynawskiej wyprawy. Po tym jak zakochaliśmy się w norweskich klimatach koniecznie chcieliśmy zobaczyć Skandynawię w innej odsłonie.





W porównaniu do poprzedniej wyprawy ta miała konkretny cel, a w sumie dwa cele. Pierwszy z nich to dojechać naszym busem na koło podbiegunowe. Niby nic takiego. Tylko kreska na mapie, którą można minąć i nie zauważyć, że coś się zmieniło. Dla mnie jednak to pozycja, która od wielu lat znajdowała się na mojej „bucket list”. Drugim celem było objechanie Bałtyku dookoła. To zadanie wynikało niejako z celu pierwszego oraz z mojej wrodzonej niechęci do wracania tą samą drogą. O ile samo dojechanie na koło podbiegunowe wydawało się w miarę realne to przejechanie ponad 5000 kilometrów naszym busem napawało mnie poważnymi obawami. Tym bardziej, że w tamtym czasie miałem dość duże problemy z pompą wtryskową i pewnym warsztatem, któremu powierzyłem odpowiedzialne zadanie regeneracji owej pompy. Historia naprawy jest dość skomplikowana i mimo, że minęło dużo czasu to na samo wspomnienie tamtej sytuacji czuje jak podnosi mi się ciśnienie. Po wielu bojach, nerwach, wydanych tysiącach złotych, samochód został naprawiony, ale nie mogłem już wierzyć w jego niezawodność.



Nasza podróż zaczęła się tak jak poprzednio, czyli od rejsu promem. Mając już doświadczenie z poprzedniego roku zależało nam, żeby płynąć w nocy. Zadbaliśmy również o zarezerwowanie kabiny. Mimo, że rejs nie jest taki długi żeby kabina był konieczna, to jednak podróżując z dziećmi jej rezerwacja jest dobrym wyborem. Posiadając do dyspozycji dwuosobową kabinę można w czasie podróży wygodnie się przespać.
Na prom wjechaliśmy wieczorem i po zjedzonej kolacji położyliśmy się spać. Następnego dnia zjeżdżając o 6 rano z promu wszyscy byliśmy wypoczęci, a przed sobą mieliśmy cały dzień, aby „na spokojnie” znaleźć miejsce na pierwszy nocleg.
Jedno z pierwszych miejsc w Szwecji których nocowaliśmy. Magiczny klimat.

Pierwsze dni jechaliśmy wzdłuż szwedzkiego wybrzeża Bałtyku, którego niesamowitą atrakcją jest Höga Kusten i położony tam Park Narodowy Skuleskogen. Wszyscy, którzy „nasze morze” kojarzą z piaszczystymi plażami, mogą być bardzo zaskoczeni widząc góry nad Bałtykiem. Przepiękne miejsce zarówno do turystyki pieszej jak i do uprawiania sportów wodnych. Dla amatorów pieszych wycieczek ciekawą propozycją będzie Höga Kusten Leden, czyli 130 kilometrowy szlak pieszy przebiegający wzdłuż wysokiego wybrzeża. Mając w pamięci jak bardzo brakowało nam w Norwegii jakiegoś pływadła, tym razem zabraliśmy ze sobą SUP’a. Przyznaję, że Höga Kusten z wody wygląda zjawiskowo.

Kamienie i góry zamiast piaszczystych plaż.

Höga Kusten.
Genialne miejsce do SUP'owania

Jadąc dalej wzdłuż linii brzegowej dotarliśmy na północny kraniec zatoki botnickiej. Jeszcze na etapie planowania naszej podróży zaciekawiła mnie jedna ze znajdujących się tam wysp. Połączona mostem ze stałym lądem, wyspa Seskarö jest ciekawym miejscem na dziki nocleg. Mimo że znajduje się tam dość duży kemping, my skierowaliśmy się na piaszczystą dziką plażę po zachodniej stronie wyspy. Plaża okazała przepięknym miejscem idealnym do kąpieli i odpoczynku.
Jedynie dojazd był dość trudny i wymagał kilkukrotnego wykopywania samochodu z piachu, a ostatnie paręset metrów pokonaliśmy ryjąc piaszczystą wydmę holowani przez szwedzką terenówkę. Mieliśmy duże obawy, co do powrotu na drugi dzień, ale przemiły kierowca terenowego Volvo zapewnił nas, że będzie tu następnego dnia wiec, jeśli nie damy rady to nas wyciągnie.
Następnego dnia o własnych siłach udało nam się wyjechać z plaży wykopując się tylko jeden raz, co uznaję za duży sukces.



Piach wielokrotnie nas pokonał. Nauczeni doświadczeniem bez łopaty z domu się nie ruszamy.


Moją wymarzoną kreskę na mapie oznaczającą koło podbiegunowe przekroczyliśmy w Szwecji miejscowości Juoksengi. Zatrzymaliśmy się tam na chwilę, żebym mógł się nacieszyć tą wiekopomną chwilą mimo, że samo miejsce nie było jakoś szczególnie urokliwe. Ot mały parking przy głównej drodze, knajpka i kilka tablic informujących, czym jest koło podbiegunowe.

Koło podbiegunowe, zaliczone:)


Do Finalnadii wjechaliśmy, przekraczając rzekę Torne w miejscowości Pello i potem kierując się do Rovaniemi na spotkanie ze Świętym Mikołajem. Zanim jednak tam dotarliśmy zaliczyliśmy jeszcze nocleg nad rzeką Ounasjoki. Było to nasze pierwsze zetknięcie z fińskimi Laavu. Genialne w swojej prostocie schronienia, które później często spotykaliśmy na naszej drodze i korzystaliśmy, gdy tylko była okazja. Niska częściowo osłonięta wiata, z podłogą podniesioną dość wysoko nad gruntem, przed która zawsze znajduje się miejsce na ognisko wyposażone w ruszt do gotowania. Konstrukcja zapewnia ochronę przed wiatrem deszczem, pozwala ogrzać się przy ognisku jednocześnie izolując od zimnego podłoża. W takich warunkach można dość komfortowo spędzić noc nawet zimą. Powiem szczerze… zakochałem się w laavu. Funkcjonalność tego typu schronów i ich wartość dla „plecakowych turystów” deklasuje wszystkie piękne wiaty z grubych bali ustawione w naszych górach i niechroniące zupełnie przed niczym. Z przyjemnością zobaczyłbym bliźniacze konstrukcje przy górskich szlakach w Polsce.

 Fińskie laavu



Wioska Świętego Mikołaja, typowo komercyjna atrakcja turystyczna, którą z pewnością ominęlibyśmy szerokim łukiem gdyby nie to, że podróżujemy z dziećmi. Samo miejsce jest stworzone dla turystów i szczerze mówiąc ocieka komercją, ale… Wizyta u Świętego Mikołaja nawet na mnie zrobiła bardzo pozytywne wrażenie. Ale to historia godna osobnego postu:)


Przed biurem Świętego Mikołaja



Następnym zaplanowanym przystankiem był Park Narodowy Oulanka. Tutaj też kilka spraw mnie zaskoczyło. Na tablicy informacyjnej znajdującej się przed wejściem na szlak znajdowała się informacja, że na terenie parku narodowego nie ma koszy na śmieci więc należy tak zaplanować zwartość plecaka żeby nie zostawiać śmieci - w myśl zasady „leave no trace”. I to wszystko. Krótka, jasna informacja, a na szlaku nie widzieliśmy żadnych śmieci. To takie proste, jeżeli ludzie przestrzegają elementarnych zasad zachowania się w takich miejscach.

Wędrując dobrze oznaczonym leśnym szlakiem natrafiliśmy na miejsce do biwakowania, z miejscem na ognisko, toaletą, drewutnią pełną drewna, z siekierą i piłą do dyspozycji. Mój wypaczony polską mentalnością umysł nie bardzo rozumiał, co się dzieje. Jak to ognisko? W parku narodowym? Siekiera, której nikt nie ukradł i wychodek, który jest czysty,, ma papier toaletowy i nie śmierdzi? Przykre w tym wszystkim było to, że coś tak absolutnie normalnego nas dziwiło.

Park Narodowy Oulanka
Wieczorny chill na kempingu.






Przez następne dni jechaliśmy na południe wzdłuż rosyjskiej granicy, codziennie mijając jeziora, lasy i pasące się przy drogach renifery. Noclegi wybieraliśmy często w miejscach przygotowanych do biwakowania, z wiatami i miejscami na ognisko, najczęściej w pobliżu jezior lub nad rzekami.


 

W naszych planach była jeszcze jedna dziecięca atrakcja do odwiedzenia. Słynna Wyspa Muminków znajdująca się w Naantalli, jest jedynym takim parkiem rozrywki na świecie. Mimo, że wstęp do najtańszych nie należał(200 euro) to dzieciom się podobało. Miały okazję zwiedzić dom Muminków, zrobić zdjęcie z Włóczykijem, zobaczyć gdzie mieszka Paszczak. Wyszliśmy z tamtąd, jako jedni z ostatnich.

Kierując się w stronę Helsinek wybraliśmy drogę przez Wyspy Alandzkie przy okazji fundując sobie godzinny rejs promem z miejscowości Hanka do Nagu. Co prawda na prom czekaliśmy trzy godziny, ale się opłacało, bo Alandy są zjawiskowe. Setki małych skalistych wysepek wystających z morza, a na nich piękne małe domki, do których dostać się można tylko łodzią.

Tysiące ziemskich wyprysków wystających z morza tworzy swoisty labirynt.
Tutaj mieszkańcy wysp przesiadają się z samochodów do łodzi żeby dostać się do domu.
W Helsinkach rzutem na taśmę udało się nam kupić bilety na prom do Tallina, który miał odpłynąć w ciągu dwóch godzin, więc nie było czasu na zwiedzanie stolicy.

W Estonii czekał nas jeszcze jeden nocleg i udało nam się znaleźć idealne miejsce. Zatrzymaliśmy się przy stacji ornitologicznej w Kabli tuż przy plaży. Dziewczyny były wniebowzięte, przez resztę dnia taplały się w wodzie, a wieczór nagrodził nas wspaniałym zachodem słońca. Następnego dnia przejechaliśmy Łotwę i Litwę, aby wieczorem znaleźć się w Polsce.


Dla miłośników dzikiej przyrody zarówno Szwecja i Finlandia będzie bardzo atrakcyjna. Co prawda widoki są mniej spektakularne niż w Norwegii, ale wydaje mi się, że krajobrazy tej części Skandynawii są bardziej swojskie i kojące. Nie trudno tam znaleźć spokój i ukojenie nerwów nad jednym z tysięcy jezior. Zarówno w Finlandii jak Szwecji nie ma problemu z nocowaniem na dziko, mieszkańcy tej części Skandynawii również korzystają w pełni z "Allemansrätten".
Podróżuje się tam dobrze i mimo że często asfalt się kończy i zaczynają się drogi gruntowe to są one dobrze utrzymane i można się nimi przemieszczać bez ryzyka uszkodzenia auta. W mniej zaludnionych terenach należy tankować gdy tylko jest możliwość, bo stacje benzynowe znajdują się daleko od siebie.

Wybierając się z dziećmi latem za koło podbiegunowe należy pamiętać, że w nocy słońce tylko na chwilę chowa się za horyzont lub wcale nie zachodzi. To może powodować problemy ze spaniem, zwłaszcza u dzieci. U nas problem rozwiązywały grube zasłony w busie, które skutecznie zaciemniały wnętrze. Obowiązkowo należy zabrać również moskitierę, bo wieczorami komary są bezlitosne.








Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty